Druga Strona Krakowa

Wrzesień 14th, 2011 § Dodaj komentarz

Dzielenie się swoim kawałkiem Krakowa, szukanie klimatycznych miejsc czy zwykły turpizm? Sami oceńcie.

www.drugastronakrakowa.blogspot.com

Kraków, jaki jest – każdy widzi, dodatkowo – każdy widzi go inaczej.Kraków tonie w uśmiechach turystów, wybrzmiewa krzykami Anglików łajdaczących się na Rynku, dusi się w dymie papierosowym artystycznej bohemy gromadzącej się co wieczór w dziesiątkach klaustrofobicznych knajp, kisi się w swoim własnym sosie w godzinach szczytu, oddycha ciężkim, spalinowym powietrzem i przyciąga kulturą przenikającą wszystko do szpiku kości. Niepotrzebne skreślić.

Wawel, kwiaciarki, mimowie

Dla większości Kraków, to przede wszystkim Wawel, tak, ten Zamek Królewski, do którego wstęp jest tak koszmarnie drogi, oraz przed którego wejściem prześwietlają bagaż. To Sukiennice, gdzie sprzedaje się chińskie bzdury, wmawiając, że to polskie rękodzieło. To gwizdki i smoki z pianki, prowadzone na drucie. To ćwierkające ptaszki do dmuchania, które zastanawiam się czy ktokolwiek kupuje. To mimowie – lewitujący, straszący, rozbawiający, a przede wszystkim wyglądający tak, aby zarówno odróżnić się od codzienności, a jednocześnie wpasować w klimat miasta. To uliczni grajkowie z Floriańskiej, których przegania straż miejska. Wisła śmierdząca Bałtykiem, „Wierzynek” z paskudnym kremem borowikowym, Piotr Skrzynecki, całowany w usta przez nastolatki nie mające pojęcia, kim był.

Z drugiej strony mamy kwiaciarki, które w szaleńczej woni kwiatów, formują bukiety. To wesołe dzieci, śmiało wbiegające w stado gołębi. To wielkie i małe bańki puszczane na Rynku oraz w mniejszych uliczkach. To Kazimierz, gdzie kawiarnie są tak małe, że ledwo pomieszczą kilka osób. To Floriańska rozbrzmiewająca wszystkimi językami świata, precle z makiem za złoty pięćdziesiąt, smok zionący ogniem w odpowiedzi na esemesa.

To jaki on właściwie jest?

„Druga Strona Krakowa, to Kraków jakiego nie znacie” – zachęcają autorzy bloga, gromadzącego zdjęcia tego miasta. Ale nie te sztampowe… te niezwykłe! Można by wzruszyć ramionami i skwitować to zdaniem, że każdy przecież tak mówi. Każdy jest pewien, że znalazł coś nowego, niepowtarzalnego i świeżego, więc dlaczego tym razem ma być inaczej? Czy jeszcze można wymyślić, coś więcej, niż podrasowane w Photoshopie Wzgórze Wawelskie, czy płytę Rynku pokrytą co do centymetra gołębiami? Otóż można. Założenie całego projektu jest dosyć naiwne, bo zakłada, że potencjalny „ktoś”, będzie chciał oglądać brzydotę Krakowa… a jednak na facebooku pojawiło się już 500 fanów, którzy komentują, wrzucają swoje własne zdjęcia oraz „lajkują”.

Marta niedawno nadesłała swoje zdjęcia, czeka na ich publikację. Sfotografowała Kraków w drodze do pracy. Chciała pokazać to, co zawsze ją drażniło i co teraz może zyskać zupełnie inne znaczenie. „Pokazują Kraków, jaki sama dobrze znam. Wracając do domu brudnymi ulicami, nie dostrzegam tego, co widzę na ich zdjęciach. Pokazują mi codzienność w bardzo ciekawy sposób, czasem ładny, czasem uderzający… ale przede wszystkim – łatwiejszy do przełknięcia”.

Kiedyś zdjęcia wysłała im Ewa, która spacerując po okolicy, przez przypadek natrafiła na opuszczone baseny Wisły i Cracovii. „Pomyślałam, że mało kto wie, że coś takiego w ogóle istnieje. Wzięłam aparat, zrobiłam zdjęcia, a kilka dni później trafiłam na DSK. Potem okazało się, że wygrałam u nich bilet na koncert jakiegoś niszowego zespołu – bardzo mi się to spodobało. Kolejne zdjęcia zrobię na Zabłociu w opuszczonej fabryce” – obiecuje.

Kto za tym stoi?

Grupka studentów, którzy rozpoczęli projekt w ramach zajęć, po ich zakończeniu blog przerodził się w coś więcej. „Naszym celem jest przede wszystkim zaktywizowanie Krakusów, zachęcenie ich do tego, żeby robili zdjęcia i pomagali nam poszerzać bazę zdjęć Drugiej Strony Krakowa” – mówią. Na stronie na facebooku mówią, że planują poskładać szlak po mało znanych, zapomnianych, ale klimatycznych i nietypowych miejscach. „Kraków jest miastem kontrastów – tu piękno sąsiaduje z brzydotą, z przerażenia rodzi się zachwyt. Zaskocz siebie, zaskocz innych i przyłącz się do nas!” – zachęcają.

Istnieją już podobne projekty: Warszawa Nieznana oraz Ezoteryczny Poznań. Ten pierwszy gromadzi zdjęcia Warszawy – tej pięknej i interesującej. Ezoteryczny Poznań skupia się głównie na wydarzeniach, odbywających się na terenie miasta. A więc jak można zauważyć pomysły na uchwycenie miejskiego ducha mogą być różne, ja z zainteresowaniem będę śledziła poczynania ich wszystkich. Każde miasto ma w sobie „to coś”, to dobrze, że niektórzy ludzie chcą pomóc innym i wskazać to wyraźnie palcem.

Tyniec – Podróż do PRL-u (17 zdjęć)

Kwiecień 8th, 2011 § Dodaj komentarz

Dla wielu ludzi Kraków kończy się w tym miejscu, gdzie kończą się kamienice i osiedlowe bloki. Wszelkie peryferie są traktowane marginalnie i po macoszemu, a przecież mimo pochłonięcia przez miasto, są często zakątkami malowniczymi i tajemniczymi.

Tyniec jest znany przede wszystkim z klasztoru benedyktynów i nie można z tym dyskutować. Jednak, gdy zejdzie się z udeptanych ścieżek i na chwile zapomni o pięknych widokach wałów wiślanych, lasów tynieckich i średniowiecznego klasztoru, można zobaczyć kawałek historii najnowszej. Pozostałości po PGR-ze straszą za cmentarzem i powoli zamieniają się w gruz, jednak, przy dobrej woli zarządców tym terenem można go zobaczyć i przy niewielkiej pomocy wyobraźni, można odbyć podróż do PRL-u.

Po więcej zdjęć zapraszam na: http://drugastronakrakowa.blogspot.com/

 

Jak zrobić rasta koszulkę?

Listopad 13th, 2010 § Dodaj komentarz

Jak zrobić rasta koszulkę?

Kiedyś zamarzyła mi się rasta koszulka z wielką pacyfką na piersi. Wypatrzyłam ją w jakimś sklepie internetowym, ale zamiast kupić – postanowiłam poeksperymentować. Ku mojemu zaskoczeniu już efekty pierwszych prób były zaskakujące i w pełni zadowalające! Przy minimalnym nakładzie finansowym miałam wyjątkową (tak, wtedy jeszcze nie były one tak rozpowszechnione), ręcznie robioną, woodstockową koszulkę. Moją kolejną ofiarą trójkolorowego farbowania była uszyta przeze mnie z prześcieradła spódnica „bananówa” ;)
Taka koszulka jest świetnym pomysłem na prezent, jak i również dobrym sposobem na zakomunikowanie całemu światu swoich sympatii muzycznych.
Do zmajstrowania takiej ciekawostki musisz przygotować:
♦ bawełnianą koszulkę albo bluzkę - z doświadczenia wiem, że lepiej unikać chińskich produktów marnej jakości za pięć złotych, gdyż rozciągają się w czasie formowania wzoru;
♦ barwniki do bawełny – są one bardzo tanie (koszt ok. 2 złote za saszetkę z jednym kolorem) i dostępne w sklepach chemicznych w szerokiej gamie barw. Używałam zawsze saszetek „Super-kolor”, jestem z nich bardzo zadowolona i myślę, że do farbowania koszulek nie ma sensu wydawać pieniędzy na specjalistyczne substancje;
♦ sól – będzie potrzebna do zabarwienia tkaniny, dokładna instrukcja użycia znajduje się na opakowaniach barwników;
♦ ocet - jest niezbędny do zakonserwowania barw, spowodowania żeby się one nie wypłukiwały i nie puszczały kolorów w praniu;
♦ gumki recepturki - za ich pomocą można zrobić efekt skręconych okręgów;
♦ np. kulki ze zgniecionej folii aluminiowej (ja użyłam starych, drewnianych korali) - nie są konieczne, ale pomocne przy formowaniu okręgów i skręcaniu materiału;
♦ sznurek (np. do bielizny) – dzięki związaniu nim tkaniny, uzyskamy bardziej fantazyjny wzór;
♦ farba akrylowa - namalujemy nią pacyfkę. Farbki akrylowe mają to do siebie, że po zaprasowaniu żelazkiem, nie spierają się. Mi do wielu eksperymentów służy farbka „Chromacryl”, w tym przypadku najlepsza będzie czarna. Można ją dostać w sklepach plastycznych, 75 mililitrowa tubka kosztuje około 7 złotych.
Przystępujemy do akcji!
Chcąc uzyskać efekt taki, jak na mojej koszulce, trzeba wiedzieć, że kolejność kolorów jest istotna. Na początku kolor najciemniejszy – czerwony, potem zielony, na końcu żółty (nie trzeba się martwić, jeśli zieleń i czerwień są ciemne, bo po włożeniu do żółtego barwnika – oba się rozjaśnią). Trzeba przemyśleć sposób mięcia, skręcania i zagniatania materiału, bo od tego zależy ostateczny wygląd koszulki. Efekt końcowy jest zaskoczeniem nawet dla tego, kto wykonuje koszulkę! ;)
Chcesz się przekonać jak to zrobić? Zapraszam tutaj.

 

Wiosennie

Marzec 7th, 2010 § 1 komentarz

Myślę sobie, że ta zima kiedyś musi minąć.

I z okazji tych kolejnych kilku centymetrów śniegu, które pojawiły się późną nocą, zrobiłam ramkę. Wyraża ona tęsknotę za wiosną i tym wszystkim, co się z nią wiąże. Ciepłymi wieczorami nad Wisłą, niekończącymi się spacerami donikąd, słońcem na policzkach, biedronkami, tygodniami w górach, smakiem czekolady dzielonej na dziesięć osób, uczuciem leżenia na zimnej, soczyście zielonej trawie, wolnym popołudniem z muzyką w tle, rozkrzyczaną nocą przy ognisku i gitarze. Za tym wszystkim, co wiosną powoduje, że chce mi się żyć.

Poza tym nieśmiało rozpoczęłam przygodę z werniksem postarzającym – myślę, że jak na pierwsze starcie – efekt jest niezły. Miałam wątpliwości jaki krak kupić, ale w sklepie plastycznym podsunięto mi masę podkładową pękającą Renesansu, która powoduje spękanie wierzchniej warstwy farb akrylowych. Efekt jest zadowalający ;)

chodźmy na truskawki – ławka.

Zima

Listopad 4th, 2009 § Dodaj komentarz

Z cyklu „Obrazki”:

Zadymiona atmosfera dusznego klubu już dawno przeniknęła nam wszystkim do krwi. I wszystko wtedy było takie żywe, inne, zapamiętałe. Każdy uśmiech wwiercał się w mózg, bo wszyscy wiedzieliśmy, że to ostatni raz. Wśród ogólnego smutku i przygnębienia pojawiła się nagle dziwaczna mdła iskierka – w przykusej spódniczce i na kaczych nóżkach. Spojrzała na niego spod firanki starannie wytuszowanych rzęs, obciągnęła bluzeczkę spod której wyskakiwały fałdki tłuszczu i za wszelką cenę chciała się utrzymać na iks-centymetrowych szpilkach.
- Cześć! Widzę, że ci się nudzi – mruknęła jej szesnastoletnia powierzchowność wołająca: to ja! zauważ mnie!
- Ale nie aż tak…

Nienawidzę tego gównianego uczucia, kiedy nijak nie można się ogarnąć. I mimo że z mojej codzienności można wykrzesać jakąś przyjemność, to jest irytująco pusto. To ta zima. Dopadł mnie stan jakiejś parszywej hibernacji. Pewnie niedługo zakopię się w pościeli, prześpię kilka miesięcy i obudzę się dopiero pachnącym majem.

PS. Wspólne odkrywanie tajemnic to takie nieprzyzwoite doświadczenie.

Take a bottle drink it down. Pass it around.

Uwielbiam grube baby!

Wrzesień 24th, 2009 § 4 komentarzy

Czy podobają Ci się grube baby? Nie? A niektórym owszem – i to bardzo! I nie ma dla nich nic obrzydliwszego, niż anorektyczna figura współczesnych modelek.

MEDIALNY BALAST O ROZMIARZE XXL

Dzisiejszy świat jednoznacznie określa to, co jest atrakcyjne. Najbardziej pożądany jest bliżej nieokreślony rozmiar „zero”, smakowite 36, czy urocze XS. Media kreują model anorektycznie chudej, wysokiej, pewnej siebie kobiety, który niestety rozmija się z tym, co w większości widzimy na ulicach. Przez szereg lat całkowicie zmieniał się pogląd na nadwagę – przecież kiedyś to tylko puszyste kobiety były utrwalane na płótnach, a w naszej, europejskiej kulturze otyłość była oznaką dobrobytu i wysokiego statusu społecznego. Natomiast w latach 50. królowały miękkie linie i pełne kształty, a Marylin Monroe do dziś jest uosobieniem seksu, choć nie należała do najszczuplejszych. Natomiast współczesne kanony piękna są bezlitosne. W dzisiejszych czasach – w świecie, gdzie nawet szczupłe dziewczyny bezustannie się odchudzają – życie osoby z nadwagą jest koszmarem. Często boryka się ona z niskim poczuciem własnej wartości, świadomością, że jest gorsza, brakiem akceptacji ze strony społeczeństwa i ma ona wieczne problemy z ubieraniem się w modnych sklepach.

Bardziej cierpią otyłe kobiety, niż otyli mężczyźni, gdyż w stosunku do panów tolerancja społeczeństwa jest o wiele większa (wynika z publikacji w International Journal of Obesity). Wystarczy, że kobieta przytyje kilka kilogramów, to już pojawiają się bolesne komentarze, że nie dba o siebie. Gdy mężczyzna nieco sobie pofolguje – kwituje się to pobłażliwym uśmiechem, że rośnie mu mięsień piwny.

W telewizji, w Internecie i w gazetach dla pań są wymieniane setki sposobów jak bezboleśnie schudnąć. Spoty reklamowe obiecują zrzucenie kilogramów dzięki płatkom kukurydzianym i magicznym tabletkom, sklepy zajmujące się telesprzedażą, obiecują zniwelowanie brzuszka dzięki wibrującym pasom, a w Internecie można spotkać zachętę do kupna odchudzających płyt do słuchania, które działają na podświadomość i mają powodować zmniejszenie łaknienia. Sposób na bycie szczupłym też jest dobrze sprzedającym się towarem, bo przecież nikt nie chce być grubasem…

Od niedawna kobiety puszyste zaczynają walczyć o zaistnienie w świecie mody, dopiero teraz zaczynają się zmiany, do sklepów kupowane są manekiny w rozmiarze 40, a na wybiegach pojawia się coraz to więcej krągłych modelek. Wiele kontrowersji wzbudziła kilka lat temu kampania reklamowa pewnego brazylijskiego jogurtu. Wystąpiły w niej dość atrakcyjne, ale otyłe kobiety. Zdjęcia pokazują trzy dobrze nam znane sceny z kultowych filmów – American Beauty, Słomiany wdowiec i Nagi instynkt, gdzie zamiast szczupłych seksbomb, są kobiety o pełnych kształtach. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie hasło reklamowe: „Zapomnij. Gust facetów nigdy się nie zmieni. Fit Light Yogurt”.

CZY TO COŚ ZŁEGO?

Otyłość w krajach wysoko rozwiniętych, to bardzo poważny problem. Z roku na rok procent ludzi otyłych rośnie, a prognozy WHO są przerażające. Światowa Organizacja Zdrowia ogłosiła, że otyłość stała się chorobą cywilizacyjną groźniejszą niż AIDS. Liczba ludzi otyłych na świecie już przekroczyła 300 milionów. Za „grubasów” niewątpliwie uchodzą Amerykanie, natomiast najniższy odsetek ludzi otyłych mają Japonia, Chiny, Australia i Nowa Zelandia. W USA tak duży odsetek otyłych ludzi spowodowany jest niską kulturą żywieniową, małą ilością ruchu i umiłowaniem do taniego junk food, które Amerykanie pochłaniają w bardzo dużych ilościach. WHO prognozuje, że w 2010 roku w USA, otyli ludzie będą stanowić aż 20% całej populacji.

Najczęstszą przyczyną powstawania otyłości jest po prostu przekarmianie. Dochodzą do tego czynniki genetyczne (aż 40%), biologiczne, środowiskowe (styl życia), psychologiczne i farmakologiczne (niektóre leki mogą powodować wzrost masy ciała).

Otyłość nie jest tylko kwestią estetyczną. Niesie za sobą wiele konsekwencji zdrowotnych. Są to choroby układu ruchu, choroba wieńcowa, nadciśnienie tętnicze, cukrzyca typu 2, zwyrodnienia kręgosłupa, choroby nerek, zaburzenia oddychania, zwyrodnienia stawów. Ponadto otyłość powoduje powstawanie żylaków, zakrzepicy żylnej, obrzęków, rozstępów i cellulitu. Nadmierna otyłość może zrujnować zdrowie i na to przede wszystkim powinny spojrzeć osoby z nadwagą. Ponadto badania wykazały, że osoby otyłe częściej chorują na nowotwory. Zatem z biologicznego i społecznego punktu widzenia otyłość nie jest niczym dobrym, ale…

DOKARMIACZE – WYPASACZE

Jak wszyscy wiemy są różne gusta i guściki. Jedni panowie preferują długonogie blondynki, a inni przepadają za ponętnymi brunetkami z brzuszkiem. Kochanego ciałka nigdy nie za wiele… A jaka waga jest akceptowana przez amatorów większych dziewczyn? Czy 370 kilogramową kobietę można nazwać puszystym kociakiem? Czy ściskając jej otłuszczone ciało, głaszcząc obwisłą skórę pokrytą rozstępami można odczuwać przyjemność? I czy w końcu można chcieć aby ich „Kruszynka” była jeszcze większa? Ciężko to sobie wyobrazić, ale można.

W marcu 2003 roku brytyjski nadawca publiczny Channel 4 wyemitował po raz pierwszy film dokumentalny „Otyłe dziewczyny i ich partnerzy” (Fat girls and Feeders). Polski tytuł niestety nie oddaje w pełni sensu filmu. Dla uchwycenia sensu dokumentu – najważniejsze jest słowo „Feeders” – po polsku wypasacze, dokarmiacze. Feeding, to kontrowersyjna praktyka mająca na celu za wszelką cenę powiększenie wagi drugiej osoby (najczęściej partnera seksualnego) dla seksualnej przyjemności wypasacza. Uważana jest za niezwykle rzadką, najczęściej można się z nią spotkać na stronach internetowych, gdzie traktowana jest jako fantazja seksualna.

Trzeba zaznaczyć, że wypasanie jest zachowaniem niezdrowym, nienormalnym, a wręcz jest zboczeniem. W relacji wypasacz – wypasany nie ma mowy o obustronnym uczuciu. Dokarmiacz traktuje swoją partnerkę tylko jak obiekt seksualny. W tym związku nie ma mowy o miłości, gdyż nie interesują go żadne (a zwłaszcza zdrowotne) konsekwencje tuczenia swojej partnerki. Myśli tylko o swoim celu i swojej przyjemności. Wypasacze nazywają swoje preferencje ekstremalnym uwielbieniem tłuszczu.

W dokumencie poznajemy Marka, który od dziecka czuł popęd do grubych kobiet. Miał żonę, ale ona nie czuła się dobrze ze swoją wagą i schudła 56 kg. Nie mógł tego znieść i ją zostawił. Kolejną kobietą Marka była Gina – otyła dziewczyna, której nigdy nikt nie powiedział, że jest piękna. Od dziecka była grubsza, niż rówieśnicy, a wśród swoich atrakcyjnych, szczupłych koleżanek, czuła się jak mutant. Dla Marka była uosobieniem jego fantazji, całe życie marzył o grubej dziewczynie. Ale nie wystarczyło mu 170 kilogramów Giny i „ciężko” pracował nad tym, żeby jej waga ciągle rosła. Wciąż podtykał jej pod nos smakołyki i przynosił wałówkę z fast foodów, nawet 20 kg junk food dziennie. Kiedy osiągnęła wagę 225 kilogramów Mark był wniebowzięty – nigdy nie widział tak pięknej kobiety! Zaczął ją fotografować w różnych pozycjach i wklejać nagie zdjęcia do domowego albumu. Małżeństwo wspólnie oglądało przyrost wagi Giny, wypatrywali na fotografiach kolejnych fałd tłuszczu, warstw zrogowaciałej skóry i rozstępów. W końcu Mark zaczął kręcić filmy i zamieszczać je w Internecie, trafiając do wąskiego kręgu wielbicieli tłuszczu, którzy zachwycali się jego żoną. Na filmach para dorobiła się znacznej sumy pieniędzy.

W ciągu dziesięciu lat małżeństwa, Gina przytyła 180 kilogramów, osiągając wagę 370 kilogramów. To był imponujący wynik, a Mark był w siódmym niebie. Osiągnął cel – był mężem najcięższej modelki na świecie, która właściwie mogła się poruszać tylko za pośrednictwem żurawia. Już stała się kaleką. Nie mogła samodzielnie wstać z łóżka, umyć się, ani niczego zjeść. Mark uwielbiał się zajmować Giną, kochał to, że jest od niego całkowicie zależna, że stał się dla niej jedyną opoką i był dla niej całym światem.

W momencie, gdy Gina dzięki troskliwej „opiece” Marka osiągnęła wagę 375 kilogramów, w końcu odważyła się powiedzieć: „stop!”. Uświadomiła sobie, że doprowadził ją do stanu, w którym nie może się ruszać. „Nie uważam, żeby to było atrakcyjne, ale jeśli komuś się to podoba, to świetnie” – mówiła. „Uważam, że byłam wspaniałomyślna godząc się na spełnienie fantazji Marka” – zwierzała się z widocznym smutkiem. Niesamowicie się dla niego poświęciła – zgodziła się na wykluczenie ze społeczeństwa, zamknięcie w domu, zrezygnowanie z własnego życia, aż w końcu na uwięzienie we własnym ciele. Po tym wszystkim czuła żal, czuła niemoc, że wyglądając w taki sposób już nic nie może zrobić.

Poddała się operacji zmniejszenia żołądka, która była konieczna, żeby uratować jej życie. Po pewnym czasie wróciła do wagi 200 kilogramów, mogła już w miarę funkcjonować, a stan jej zdrowia się nieco polepszył. Jedyną niezadowoloną osobą był Mark, który nie potrafił się otrząsnąć. Prawie się rozstali. Ginie wydawało się, że po operacji jest dla niego odrażająca i nie może na nią patrzeć.

Sam Mark przyznaje, że tęskni za czasem, gdy była od niego całkowicie zależna. Nie traci jednak nadziei, buduje dom dla olbrzymiej kobiety i przekonuję Ginę, że nawet jeśli jeszcze przytyje, to w nowym domu będzie jej wygodnie. Brakuje mu także jej tuszy. Często przegląda albumy z jej nagimi zdjęciami. Służy mu to do pobudzenia lub zaspokojenia seksualnego.

UTUCZĘ SOBIE ŻONĘ

Z pewnością zadajecie sobie pytanie jak można utuczyć drugą osobę do tak monstrualnych rozmiarów za jej przyzwoleniem. Wypasacze mają na to swoje sposoby, którymi wymieniają się na forach internetowych, bo przecież każdy z nich chce mieć grubszą żonę. Mark wysyłał filmiki i zdjęcia do Internetu, żeby się pochwalić, jaką sobie „hoduje” partnerkę. Bardzo częstą praktyką jest dodawanie tuczących substancji powiększających masę, do koktajli, bez wiedzy tych, którzy je piją. Przerażający jest kolejny, bardzo skuteczny sposób – wlewanie płynnego tłuszczu do gardła. Tak – dokładnie w takie sposób, w jaki tuczy się gęsi.

Ofierze, która była otyła od zawsze, miała niesamowite kompleksy, nigdy nie była akceptowana, mówią: pij, jedz, to będę cię bardziej kochał. Jeśli tego nie zrobisz, to nie będziesz dla nie atrakcyjna i znajdę sobie inną. Nie widzą w tych kobietach ludzi. Są one dla nich tylko urzeczywistnieniem fantazji, eksperymentami i celami. Dokarmiacze zastanawiają się jak bardzo można utuczyć swoją partnerkę i jak bardzo może być atrakcyjna dzięki tym dodatkowym kilogramom.

Debbie – bardzo puszysta modelka – spotkała kiedyś na swojej drodze mężczyznę, który ją omotał. Szybko się do niego wprowadziła. Jednak blok był nieprzystosowany dla osoby otyłej, a w mieszkaniu wciąż nie brakowało słodkości. Debbie nie mogła wyjść samodzielnie z mieszkania, więc zostawała w nim cały dzień w towarzystwie przeróżnych tuczących rzeczy, które zostawiał jej facet. Była całkowicie od niego zależna, a on wciąć podstawiał jej jedzenie. Cieszył się gdy przytyła kolejny kilogram, następne pięć i dziesięć. Mówił, że jest coraz ładniejsza i atrakcyjniejsza. Całkowicie ją zmanipulował emocjonalnie. Była więziona w jego domu dwa lata, uratowała ją mama, która zadzwoniła w końcu po policję. 25 strażaków i policjantów wyniosło ją z domu z łóżkiem, musieli wyburzyć ścianę. Ważyła wtedy 350 kg. Dopiero w szpitalu zorientowała się, że miała do czynienia z dokarmiaczem. To okrutne, ale nawet tam przysyłał jej paczki ze słodkościami. Lekarze mówili, że gdyby nie trafiła w tamtym momencie do szpitala, umarłaby w ciągu 24 godzin.

TŁUSTE FANTAZJE

Gina i Debbie były urzeczywistnieniem fantazji wielu mężczyzn na świecie. Dostawały wiele listów z podziękowaniami. Wszystkie opinie internetowych fanów, bardzo je dowartościowywały. Dla kogoś, kto zawsze marzył o tym, żeby być w centrum zainteresowania, było to czymś wspaniałym. Setki ludzi piszą im, że są piękne, w końcu inni doceniają to, jakie są. Filmiki internetowe Giny, które umieszczał jej mąż w Internecie ośmieliły wiele innych kobiet. Lawinowo w sieci pojawiały się zdjęcia otyłych kobiet, które także nie narzekały na brak zainteresowania. Równocześnie, gdy odkryto niszę, zaczęto lawinowo produkować filmy pornograficzne z udziałem ponętnych grubasek. Okazało się, że takie panie także budzą zainteresowanie. A kariery jakie robią są dla nich nie do wyobrażenia – kobieta, która nigdy nie usłyszała dobrego słowa o swoim ciele, nagle staje się seksbombą, na której widok ślinią się faceci.

Partnerki dokarmiaczy w końcu uzyskują taką wagę i takie rozmiary, że stosunek seksualny jest fizycznie niemożliwy. Co dziwne wypasaczom to w ogóle nie przeszkadza, bo pozostaje im świadomość, że są wielkie i całkowicie od nich zależne. Pozostaje im dotykanie otłuszczonych kończyn, olbrzymiego brzucha i monstrualnie wielkich, obwisłych piersi.

GŁÓD AKCEPTACJI

Trudno jednoznacznie ocenić kto ponosi winę za taki los tych kobiet. Bo oczywiście to wypasacze dokarmiają, ale kobiety same się na to godzą. Przecież mogą się sprzeciwić, mogą powiedzieć: „nie”, są dorosłymi, odpowiedzialnymi osobami. Ale pozostaje pytanie czy chcą? Kiedy odnajdują kogoś, kto (w ich mniemaniu) daje im miłość, poczucie bezpieczeństwa i sprawia, że czują się atrakcyjne – myślą, że złapały Pana Boga za nogi. A przecież ci mężczyźni nie wymagają tak wiele, chcą tylko, żeby była większa. Dają im wszystko, wydawałoby się, akceptując ich tuszę, a nawet widząc w niej coś atrakcyjnego. Zatem bezmyślnie tyją dla tego jedynego. Bo to tylko kolejny kilogram, a daje mu tyle przyjemności… poza tym trzeba go zatrzymać przy sobie za wszelką cenę, bo taki facet, który akceptuje jej grube uda, rozstępy i obwisłe piersi, może się nieprędko zjawić. Trzeba zaznaczyć, że wypasanie to coś więcej, niż tylko preferowanie obfitszych kształtów. Istnieje duża różnica między wielbieniem krągłości, a ich tworzeniem dla własnej przyjemności. Te zboczenie prowadzi do zupełnego uprzedmiotowienia kobiet.

Kobiety odczuwają głód akceptacji i myślą, że go zaspokajają. Ale nie miłością ze strony partnera, tylko kolejnymi porcjami niesamowicie tłustego jedzenia, które jej podsuwa. Od dziecka pragną być dowartościowane, każda próba kończy się fiaskiem, bo są odtrącane z uwagi na tuszę. Aż w końcu znajduje się ktoś, kto je obdarza zainteresowaniem, ale i okalecza – wykorzystuje do zaspokojenia chorych fantazji. Osiągają wagę 350 kilogramów i dopiero wtedy zdają sobie sprawę z tego, co zrobiły. „I pomyśleć, że pod tym wszystkim jest człowiek…” – westchnęła Gina, oglądając film, pokazujący jak próbuje się ruszyć z łóżka w momencie, gdy osiągnęła swoją najwyższą wagę.

Tak samo  jest z anorektyczkami, które czasem gubią się w postrzeganiu siebie i za późno zauważają jak bardzo wyniszczyły swój organizm. I to w imię czego? Tego, żeby być atrakcyjną, piękną i interesującą kobietą. Po to, żeby Mr. Right zwrócił na nie uwagę. Jak daleko jesteśmy w stanie się posunąć w wyniszczaniu siebie, żeby usłyszeć od mężczyzny, że nas kocha?

Intymność za ćwierć miliona

Wrzesień 14th, 2009 § Dodaj komentarz

„Moment prawdy” – oglądałeś? To dowiedz się o programie czegoś więcej. Nie widziałeś? To zobacz, jakie ekshibicjonistyczne zapędy wykazują ludzie, gdy poczują 250 tysięcy.

Na początku tego roku, w telewizji Polsat, mogliśmy obejrzeć premierę programu „Moment prawdy”, który poza granicami naszego kraju wzbudził wiele kontrowersji. Był on bardzo głośno reklamowany, więc nic dziwnego, że w pewien marcowy, czwartkowy wieczór 2,8 mln widzów zasiadło przed telewizorami w celu obejrzenia pierwszego odcinka. Program prowadzi Zygmunt Chajzer, choć dwukrotnie odmawiał podjęcia tego wyzwania, bo uważał, że zupełnie nie pasuje do tego typu widowisk.


Jak to wygląda?

Kilka dni przed programem uczestnicy poddali się badaniu wykrywaczem kłamstw (70 – 90% skuteczności), a następnie odpowiadali na bardzo osobiste pytania. Gra toczy się o ćwierć miliona złotych. Zasady są proste – jeśli będziesz mówił samą prawdę i przyznasz się do nałogów, błędów, oszustw i zdrad, to wygrasz główną nagrodę. Każdemu pytaniu odczytywanemu przez prowadzącego, towarzyszy żywa reakcja publiczności zgromadzonej w studiu. Po każdej padającej odpowiedzi chwilę niespokojnego oczekiwania rozdziera ogłaszający werdykt, tajemniczy głos zza światów oznajmiający: „ta odpowiedź to prawda” i uczestnik albo wygrywa kolejne pieniądze, albo traci wszystko, gdy okaże się, że skłamał. Wszystkiemu przysłuchuje się rodzina i przyjaciele, którzy dowiadują się o kimś bliskim wielu, czasem bolesnych rzeczy. Jednak nie siedzą biernie przez cały program. Mają oni możliwość naciśnięcia przycisku, który sprawia, że uczestnik nie musi odpowiedzieć na jedno niewygodne pytanie, a gra nie zostaje przerwana. W zamian za to otrzyma kolejne, kto wie – być może jeszcze gorsze. Co dziwne – bliscy śmiałka, który zdecydował się na obnażenie swojego życia intymnego, bardzo rzadko korzystają z tej możliwości. Być może dlatego, że prawda o życiu bohatera odcinka jest ważna przede wszystkim dla nich – a nie dla milionów ciekawskich ludzi, zgromadzonych przed telewizorami.

Tajemnice

W amerykańskiej edycji jedna z uczestniczek przyznała się do zdrady męża oraz do tego, że go nie kocha. W Kolumbii program został chwilowo zdjęty z anteny, gdy pewna pani powiedziała, że wynajęła płatnego zabójcę w celu zabicia męża (wygrała 25 000 dolarów). Ale to daleka zagranica… a jak u nas wyglądał program?

W Polsce wyemitowano piętnaście odcinków „Momentu prawdy”. Zazwyczaj na jeden odcinek przypadało dwóch śmiałków. W sumie wystąpiło 28 osób, z których 15 wyszło ze studia z niczym. Nikomu nie udało się zdobyć głównej wygranej, jednak zapewniono widzom innego rodzaju atrakcje. Pytania padały różne. Począwszy od pracy, przez rodzinę, przyjaciół, a skończywszy na małżeństwie i życiu intymnym. Na tym polu nasi rodacy spisywali się najgorzej i odpadali właśnie na takich pytaniach.

Czasem pytania zmuszają do odsłonięcia smutnej prawdy, jednak uczestnicy wciąż prą do przodu, walczą o kolejne tysiące. Czy kiedykolwiek nakręciłaś z mężem film z waszych erotycznych igraszek? Tak… głupio? Troszkę, ale przecież kto tego nie robił! Czy przez uprawianie seksu z mężczyznami szukasz potwierdzenia własnej wartości? Tak… Niestety smutno się do tego przyznać nawet przed samym sobą, a co dopiero przed tyloma ludźmi. Czy naprawdę ufasz swojej żonie? Nie. Przecież nikomu nie można ufać. Trzeba zacisnąć zęby i walczyć dalej. Czy kiedykolwiek zdradziłeś swoją żonę. Tak. Ta odpowiedź to prawda.

A co jeśli skłamiesz?

Ale niekiedy obnażanie się przed innymi nie popłaca. Po łatwym pytaniu przychodzi czas na trudne. Czy kiedykolwiek uprawiałeś seks w miejscu pracy? Nie. Akurat… Ta odpowiedź to kłamstwo. Czy fantazjujesz o znanych aktorach, kochając się z mężem? Nie. Czyżby? Ta odpowiedź to kłamstwo. Czy twoja żona jest dla ciebie ideałem kobiety? Tak. Jasne… Ta odpowiedź to kłamstwo.

I wychodzisz ze studia Polsatu zupełnie obnażony, na dodatek z pustymi kieszeniami.

Ten program to doskonała próba relacji międzyludzkich. W Polskiej edycji mieliśmy do czynienia z pewnego rodzaju ewenementem – oświadczynami. Kamil zapytał swoją dziewczynę czy za niego wyjdzie, tuż po tym, jak wygrał 30 tysięcy. Kobieta przyjęła oświadczyny, choć po pytaniach, które padły wcześniej – z pewnością była to bardzo trudna decyzja. Bo jak zgodzić się na bycie żoną kogoś, kto zgodziłby się na seks za pieniądze, nie potrafi być wierny jednej kobiecie, a w czasie seksu z nią fantazjował o innych kobietach? Twardy orzech do zgryzienia. Wiele osób podejrzewa, że był to zwykły chwyt na podkręcenie oglądalności. Niestety – nie poskutkowało. Z każdym kolejnym odcinkiem była coraz niższa.

Intymność w cenie

Na kolejną serię będziemy musieli poczekać do jesieni. Jak na razie funkcjonuje strona internetowa programu, gdzie można zobaczyć kto był w programie, ile wygrał i na którym pytaniu odpadł. Już na stronie głównej mamy do czynienia z pytaniem: „jak oceniasz pytania dla zawodników?”. W sondzie wzięło udział niemal 10 tysięcy ludzi. Tylko 18,5% głosujących twierdzi, że pytania w programie są zbyt intymne. Natomiast 69,5% chciałoby jeszcze bardziej wkroczyć w życie uczestników i uważa, że pytania powinny być jeszcze ostrzejsze.

Ciekawe jest to, że w Ameryce uczestnicy sprzedają pikantne szczegóły ze swojego życia za 500 000 dolarów (1,8 mln zł), w Portugalii 250 000 euro (1,16 mln zł),
a w Holandii za 100 000 euro (460 000 zł). Życie osobiste naszych rodaków wyceniono tylko na 250 tysięcy złotych, a i tak znalazło się wielu chętnych, z których większość wychodzi z niczym.

Nie ma co się dziwić – jesteśmy o wiele mniej liberalni, niż Amerykanie, więc polska edycja jest łagodniejsza, niż ta zza oceanu. Wielu ludzi chwali uczestników za odwagę. Rodzi się jednak pytanie: kto jest większym tchórzem? Osoba, która nie potrafi spojrzeć mężowi w twarz i przyznać się do błędu, czy ktoś kto spowiada się
z grzechów wobec trzech milionów widzów i dostaje za to 75 tysięcy na otarcie łez? Niemniej, jest to jedyny program w naszym kraju, gdzie otrzyma się pięć tysięcy złotych za to, że nie myje się rąk po wyjściu z toalety, a za publiczne przyznanie się do tego, że uderzyło się własne dziecko w twarz – dostanie się oklaski od publiczności.

Turcja 2009

Sierpień 15th, 2009 § Dodaj komentarz

SMALL

IMGP4763

IMGP4774

Aż trudno sobie uświadomić, ale to już koniec mojej tureckiej przygody. To, co zobaczyłam, przeżyłam, poczułam – to moje. Odnalazłam dotychczas najpiękniejsze miejsce na świecie, które zobaczyłam. Pamukkale… pałac z bawełny. Wapienne królestwo. Oczy mówią, że jesteś gdzieś na północy, na lodowcu. Stopy, czujące ciepło źródeł termalnych podpowiadają, że to przecież trzydzieści stopni na plusie. A wszystkim bodźcom wtóruje 40 stopniowy upał i niebywały zachwyt w sercu, że jest się w tak cudownym miejscu. Natura jednak jest niesamowita. 4 kilometry wapiennego raju, którym nie można nacieszyć oczu. Zdjęcia, to nic. Kto tego nie widział – ten nie zrozumie.


Tyski Festiwal w Chorzowie

Lipiec 28th, 2009 § 1 komentarz

DSC00364

Tyski Festiwal im. Ryśka Riedla jest w Chorzowie, sponsoruje go Warka, a nie Tyskie… a na dodatek nie ma na nim Ryśka.

Kilka dni w innym świecie, a zaraz potem – brutalny powrót do rzeczywistości. Spanie w namiocie w sam raz na Syberię, wszechobecna kultura słowa („Co jest, kurwa? Nic, kurwa!”) oraz bezdenne bajoro na całym polu namiotowym. Chorzowska przyjemność z okazji dnia policji warta 100 złotych, poranna toaleta w Carrefour i bycie skazaną na dwóch wielbłądów & Co. (Maxa, Wacka, Mariana, Andrzeja, Zosi). Relacja Rolka i Młodego – Jarocin ’82, Malina z Siekiery i pół słoika trawy. Ale on jednak zajebistym ojcem był…

„Bo wiesz, Marysiu… tu są takie różne ugrupowania” – powiedziała jedna staruszka do drugiej, u bram festiwalu, wskazując brodą na punków, bluesowców, hardrockowców… no, generalnie „brudasów” różnej maści. Było nas wielu.


Anielskie obłąkanie

Lipiec 28th, 2009 § Dodaj komentarz

slonecznikowo2

Jackowi.

(…) bo to wszystko wygląda, że snem jest tylko, koszmarem
bo to wszystko wygląda, że nieprawdą jest
bo to wszystko wygląda, że absurdem jest
bo wszystko tu niszczeje, gnije i nie masz tu nic trwałego
poza tęsknotą za trwałością
bo już nie jestem z tego świata i może nigdy z niego nie byłem
bo wygląda, że nie ma tu dla mnie żadnego ratunku
bo już nie potrafię kochać ziemską miłością
bo noli me tangere
bo jestem bardzo zmęczony, nieopisanie wycieńczony
bo już wycierpiałem
bo już zostałem, choć to się działo w obłędzie, najdosłowniej
i najcieleśniej ukrzyżowany i jakże bardzo
i realnie mnie to bolało
bo chciałem zbawić od wszelkiego złego ludzi wszystkich
i świat cały i jeżeli się tak nie stało, to winy mojej w tym
nie umiem znaleźć
bo wygląda, że już nic tu po mnie (…)
*fragment „Listu do Pozostałych” Edwarda Stachury

Usiadła w kącie pokoju skąpanego w ciemności. Nikłe światło latarni wpadało majestatycznie przez okno, ledwo co oświetlając wysoki stół, przy którym rodzina Anny codziennie jadała obiad. Przywołała w pamięci twarze członków rodziny. Mamy, taty i siostry. Jeszcze bardziej przycisnęła kolana do piersi. Po chwili poczuła, że zaczyna się kiwać do przodu, i w tył. Do przodu i w tył. Do przodu i w tył, nie zważając na to, że dłonie, którymi objęła kolana, kaleczą się wzajemnie paznokciami. Do krwi.
Nie czuła bólu. Urywki rozmów, jakie cały czas słyszała unosiły ją gdzieś daleko, powodując, że zupełnie straciła cielesność i zaczęła się unosić po nieznanych jej okolicach. W zdematerializowane płuca łapczywie łapała powietrze, a dłońmi machała agresywnie udając ruch skrzydeł ptaków. Wszak teraz czuła się wolna. Wolniejsza od ptaków fruwających po niebie, wolniejsza od koników polnych skaczących po łące, wolniejsza od tych liści, które teraz pomiatane przez wiatr przelatywały z każdym podmuchem z jednej strony ulicy na drugą. Była wolna – przez te kilka godzin kiedy zostawała sama w domu.

W głowie miała pustkę, a w ustach smak żelków o zielonym kolorze, na których paczuszkę codziennie czekała z utęsknieniem.
– …Czy nie sądzisz, że lepiej byłoby odejść?…- usłyszała cichy głos o zielonej barwie.
- …Powinieneś powiedzieć inaczej… łatwiej byłoby odejść…
- …To miało być pytanie…- wzburzył się zielony głos i powoli zmienił barwę na czarną.
- …A to była odpowiedź…
Rozmowa się urwała, lecz głowę Anny szybko wypełniła kolejna. Kobieta zeszła na ziemię i z powrotem znalazła się w ciemnym pokoju jadalnianym, który służył zawsze jako pokój do rozrywki i spożywania posiłków. Noga zaczęła jej energicznie drgać, a gałki oczne powędrowały ku górze. Zawsze tak miała, kiedy przemawiał głos zielony. Zawsze miał w sobie to coś… to coś zielonego. Był inny od tych wszystkich szaro-czarnych postaci, które przewijały się przez jej życie.
Przez przypadek przygryzła sobie dolną wargę do krwi. Jakiś głosik zaczął jej coś śpiewać do ucha. Jakaś kołysanka, albo opowieść o szczęśliwym śnie. Wiecznym śnie? Dla niej to było to samo. Marzyła o szczęśliwym śnie – czyli odejściu.
Żaden jej sen nie był szczęśliwy. Od wtedy, kiedy skończyła 15 lat – czyli od czasu, kiedy ostatni raz pokazał jej się anioł. Do dziś czuła tą białą szatę i świeże muśnięcie błyszczących jak śnieg skrzydeł, w których znajdowała tak długo ukojenie. Teraz wszystko odeszło, przez pięć lat musiała iść przez swoje paranoje bez pomocnego skrzydła.
Przestała się kiwać.
I w przód i w tył. Teraz położyła się na zimnym, pachnącym pastą podłogową parkiecie. Dziwne skręcanie w żołądku. Porównywalne do tych słodkich motyli właściwych dla stanu zakochania. Lecz całkowicie inne. Powodujące nie szczęście, ale odruchy wymiotne. Zrobiła orła na śniegu, wśród śmierdzącej pasty. Machała rękami i nogami z całych sił, żeby ją zetrzeć.
Nie wyszło. Wstała i otworzyła okno, bo poczuła się jak w klatce. Lodowate powietrze wypełniło pomieszczenie. Zdjęła bluzkę i rozpuściła włosy. Stanęła przed lustrem wiszącym na wschodniej ścianie pokoju jadalnianego. Czarne oczy przenikały równie czarne spojrzenie półnagiej kobiety po drugiej stronie lustra.
- Kim jesteś? – szepnęła cicho tłumiąc szczękanie zębów. Kilka liści wpadło do pokoju – do tej pory wolnych, a teraz uwięzionych.
Postać za lustrem bezczelnie powtórzyła jej pytanie.
- Nie chcesz odpowiadać!? – wyrzuciła z gniewem. Nienawiść spływała z ust i rozpalała wzrok.
- …nie chcesz odpowiadać?… – zadrwiła Kobieta.
W oczach Anny zapaliły się płomienie złości. W oczach Anny z przeciwnej strony lustra tak samo. Prawdziwa Anna krzyknęła i chwyciła wazon z kwiatami stojący na stojaku na wina. Druga Anna zrobiła to samo, powodując przerażenie drugiej.
- Chcesz mnie zabić?
- …chcesz mnie zabić?…
Prawdziwa Anna przełamała się i rzuciła z całą mocą chińskim wazonem w lustro. Woda i szkło rozbryzgały się po pokoju. Przysięgłaby, że ta druga Anna przed Śmiercią uśmiechnęła się tryumfalnie. Ciekawe czemu?
Dobrze chociaż, że nic nie zaśpiewała. Anna nie lubiła muzyki z jej świata. Z tego drugiego też – żadnej muzyki nie lubiła. Może z wyjątkiem Anielskiej Muzyki, którą śpiewał jej Anioł przed snem. Mimo tego, że znała cały tekst kołysanki na pamięć, nie potrafiła jej zaśpiewać, gdyż zdawało się, że jest w zupełnie innym języku.
Pogładziła się po alabastrowym ramieniu. Była taka blada – prawie tak jak Anioł.
Podeszła ponownie do okna, które już zdążyło się otworzyć na oścież. Na Alabastrze pojawiła się gęsia skórka, a sama Anna poczuła, jakby temperatura jej ciała spadła o kilkanaście stopni. Ale czy to źle? Zawsze miała o wiele za wysoką.
Pozbierała wszystkie liście, a potem z kolejnym podmuchem wiatru wypuściła je na wolność. Była szczęśliwa, bo cudownie jest dawać wolność… tylko dlaczego nikt jej tej wolności nie chciał dać. Chwilę spacerowała po pokoju zatrzymując wzrok na każdej fotografii wiszącej na ścianie. Widziała zdjęcie ślubne rodziców i setki pojedynczych fotografii z czasów ich małżeństwa. Była malutka Kornelia, a nawet malutka Anna. Były nawet te zdjęcia, które kilka lat temu kazała schować i poniszczyć. Etap Marcina uważała za zamknięty. Nie widziała go od pięciu lat. Żadnych swoich znajomych nie widziała od pięciu lat… od czasu, kiedy Jej Anioł wybrał inną drogę.
Marcina już właściwie nie pamiętała. Wiedziała tylko, że był wysoki, miał bliznę na brzuchu i uwielbiał jak się go gryzło w ucho. Ona nigdy tego nie zrobiła. Może dlatego odszedł Anioł?
Pamiętała również, że zawsze pachniał charakterystyczną dla niego wodą kolońską i lawendą. Pewnie od tych okrągłych przedmiotów odganiających mole.
Zatrzymała się przy gorącym piecu kaflowym. Przytuliła do niego swoje nagie ciało i nareszcie poczuła ciepło. Twarde kafle przy skórze i płomienie buchające w jego wnętrzu. Znów odpłynęła.
- …Czy nie sądzisz, że łatwiej byłoby zostawić to wszystko i pójść do kostnicy?…
- …Nie, myślę, że wolałbym pójść w ogień… tak jak ona….
- Ja? – szepnęła w ciemność Anna i przylgnęła mocniej do pieca. Czuła jak wrzące kafle wypalają jej skórę. To czuła! Ale chciała wiedzieć.
- …Tak…
Niemalże mistyczność wypełniła pomieszczenie i pomieszała się z szaleństwem, które do tej pory wypełniało pokój jadalniany.
- Ja nie idę w ogień!- krzyknęła w ciszę.
Drewno w piecu zaczęło strzelać, na tyle głośno że Anna energicznie od niego odskoczyła. Jak w amoku podbiegła do okna i zaczęła wdychać mroźne, listopadowe powietrze. Coś zaczęło ją kłóć w płucach.
Oparła się łokciami o parapet okienny. Spojrzała na zewnątrz. Bogaty dom, z którego parteru wygląda naga dziewczyna – przykuło to uwagę przechodniów. Dyskretnie patrzyli w stronę domu niby to rozglądając się od niechcenia.
Znów kilka liści wpadło do pokoju. Szybko je jednak wypuściła za okno.
Zaczęła kaszleć.
Wśród niezidentyfikowanych szeptów i krzyków wypluwała płuca. Nie zamknęła jednak okna.
Znów ktoś zaczął coś do niej mówić.
Zadzwonił telefon. Rozważała nad tym, czy pójść odebrać, czy słuchać głosów. Po chłodnej kalkulacji wybrała telefon. Może to Anioł?
- Halo…- jednak nie Anioł. Z słuchawki zabrzmiał męski, szorstki głos.
- Haloha!- zakrzyknęła. Chwila milczenia w słuchawce.
- Czy dodzwoniłem się do mieszkania państwa Niepołomskich?
- Człowiek Człowiekowi wilkiem! Człowiek Człowiekowi strykiem!
- Słucham? Czy mieszkają tu państwo Niepołomscy?- powiedział przerażony. Pewnie pomyślał, że to jakaś stuknięta pomoc domowa, sekretarka, albo po prostu pomyłka. A tu córka. Jedna z dwóch. Ta, która w zamknięciu żyje od pięciu lat.
- Lecz ty się nie daj zgnębić! Lecz ty się nie daj spętlić! – Anna warknęła do słuchawki.
- Do widzenia – podniosłym głosem oznajmił mężczyzna, a potem już słychać było trzask słuchawki i głuchy sygnał. Po prostu chciała być miła.
- Człowiek człowiekowi szpadą! Człowiek człowiekowi zdradą!
Lecz ty się nie daj zgładzić! Lecz ty się nie daj zdradzić!- dokończyła nadal trzymając słuchawkę w dłoni. „Dziwnie ludzie reagują na poezję” – pomyślała i położyła się na stole. Na lnianym obrusie z delikatnymi niebieskimi kwiatami na brzegach.
Następnie usłyszała szczęknięcie zamka i drzwi.
Zupełnie jak trzask topora kata, który spada na szyję ofiary.
Udała że śpi.
Chwila pachnącej ciszy. Głosy dziwnych istot ucichły.
Po chwili do pokoju wszedł ojciec Anny z pękiem kluczy w dłoni.
- Jak ona się wydostała!? – krzyknął nie zważając na to, że Anna śpi.
Po chwili do pokoju jadalnianego przybiegła żona pana Niepołomskiego i odruchowo przyłożyła dłoń do ust.
- Ja, ja… – zaczęła się jąkać. –Ja nie wiedziałam, że ona wyjdzie! Zawsze siedziała u siebie w kąciku i nigdzie się nie ruszała. Ja nie… nie rozumiem…
- Spójrz co zrobiła? – pan domu wskazał na stłuczony wazon z chińskiej porcelany i zbite lustro. Potem na otwarte okno, i w końcu na córkę leżącą na stole.
Matka podeszła do niej zakładając na twarz najsurowszą maskę, ale kiedy zobaczyła jej czarne oczy pełne niesamowitej ciekawości i uwielbienia spasowała.
- Córciu, dlaczego? – szturchnęła ją w ramię. Dziewczyna wstała. – Okryj się! – matka podała jej rzucony na podłogę sweter.
Anna zeszła ze stołu i spojrzała na Ojca. Uśmiechnęła się szeroko.
- Aniu, dlaczego wyszłaś ze swojego pokoju? – zaczęła pani Niepołomska, a jej mąż stał obok pieca i patrzył tępo na obie kobiety.
- Mamoooo, liście! – Anna rzuciła się pod okno i zaczęła zbierać leżące na wypastowanej podłodze żółte, bądź pożółkłe liście. – Patrzcie! Już są wolne! Też bym chciała być taka wolna! Głosy mi czasem to obiecują… ale ja już im nie wierzę! One umieją tylko kłamać! – wyrzuciła je przez okno wywołując pobłażliwe spojrzenie dwóch par oczu.
- Dość – krzyknął pan Niepołomski.
Anna podeszła do niego i zaczęła się w niego wpatrywać swoimi niesamowitymi, czarnymi jak smoła oczami.
- Człowiek człowiekowi pumą! Człowiek człowiekowi dżumą! Lecz ty się nie daj pumie! Lecz ty się nie daj dżumie! – wyrecytowała mu prosto w twarz.
- Nie pogrywaj! Niszczysz mi reputację!
Anna przekręciła głowę i spojrzała na piec. Podbiegła do niego szybko. Przylgnęła do starego kaflowego pieca całym ciałem.
- Reputacja! Nieważna! Spójrz jak tu ciepło!
- Marek zrób coś! – krzyknęła mama Anny.
- Ale co!?
- Nie wiem… dzwonię po doktora Mittschilmana! Dziś na niego kolej! – pan Niepołomski pokiwał głową, a ona poszła w stronę telefonu.
Na zewnątrz było już ciemno, a z pełnego domu wiało samotnością. Anna na pewno wolała być sama… mogła już zostać w swoim pokoju i nie otwierać drzwi, bo za nim czaił się dziwny świat. Telefon, dziwna, niewychowana pani z lustra, źli rodzice… za to był ciepły piec i lodowate powietrze. U niej w pokoju nie można było otworzyć okna. Było zabite gwoździami.
- Anna! Idź do swojego pokoju! – krzyknął zdenerwowany. Aż mu żyła wyszła na czole.
Dziewczyna mu pokazała język. Tego było już zbyt wiele. Postanowił siłą ją zaprowadzić do jej pokoju. Jej azylu. Jej świata – jak dotąd niezbadanego przez żadnego wysoko opłacanego psychiatrę.
- Nie dotykaj mnie! – krzyknęła Anna i odskoczyła od pieca. Usiadła w kącie i znów zaczęła się kiwać. I w przód i w tył. I w przód i w tył.
- Dość! Idziesz! – ojciec pociągnął ją w górę za przeguby. Nie dość, że ręce miała podrapane do krwi to jeszcze ojciec rozdrapuje rany swoim mocnym uściskiem.
Zaparła się. Nie chciała wstać.
Podniósł ją siłą. Uderzył raz. I drugi.
W twarz i potem w brzuch.
- Marek! Na miłość boską! Co ty wyrabiasz!? – przybiegła Emilia Niepołomska i próbując odciągnąć męża krzyczała, żeby przestał ją bić.
Lecz ten rozdawał ciosy jak oszalały. Dawał upust swojej złości i miłości, która nagromadziła się przez te pięć lat. Dostała znów w twarz – z nosa sączyła jej się krew i chyba powoli zaczęła tracić przytomność. Jej oczy były takie nieobecne…
- Tatusiu… kocham cię, wiesz? – szepnęła cicho ocierając spływającą po wardze krew. Przestał bić. – Dziękuję, że jesteś.
Nikt nie rozumiał co się dzieje. Dziwne zachowanie – nawet jak na wariatkę! Marek Niepołomski spojrzał w oczy swojej żony. Prawie identycznych jak oczy córki.
Anna skorzystała z okazji. Zerwała się do ucieczki i nim rodzice wyszli z szoku wybiegała już na podwórze. Biegła przed siebie, na oślep wycierając o zielony sweter ręce mokre od krwi.
Znów czuła motyle w brzuchu.
Czuła się wolna – jak te liście, którym dziś rozdawała ten dar.
Zmęczyła się kiedy dobiegła na jakąś okropnie zatłoczoną ulicę.
Usiadła na szarych, brudnych płytkach, na środku chodnika. Wszyscy omijali ją szerokim łukiem obdarzając dziwnymi pół-uśmieszkami.
- Kocham cię tato… – powtarzała jak formułkę modlitwy.
- …Czy aby na pewno? – zabrzmiały głosy. Więc to nie byli mieszkańcy jej domu! To byli mieszkańcy jej głowy! Nie przypuszczała, że kiedy wybiegnie ze swojego więzienia nadal z nią będą.

***

To piękne. Przyjaciele. Prawdziwi, którzy nigdy mnie nie opuszczą! Aż do śmierci!
Nagle poczułam chłód.
Słodki chłód przejmujący całe ciało.
Uczucie jakiego dawno nie doznałam.
Odwróciłam głowę i coś zapachniało niewinną świeżością. Zmrużyłam oczy i wdychałam tą błogą woń. Wrócił. Po pięciu latach samotności.
Bez słowa wtuliłam się w miękkie jak chmura pióra i wciągałam do płuc świeżość Anioła.
- Człowiek człowiekowi łomem! Człowiek człowiekowi gromem! – powiedział delikatnie głosem tak pięknym i melodyjnym, jakiego jeszcze nigdy w życiu nie słyszałam.
- Lecz ja się nie dam zgłuszyć! Lecz ja się nie dam skruszyć! – spojrzałam mu prosto w niebieskie jak niebo oczy.
- Człowiek człowiekowi bliźnim! Z bliźnim możesz się zabliźnić!
- Nie chcę. Nie mogę. Nie umiem.

bo nawet obłęd nie został mi zaoszczędzony
bo wszystko mnie boli straszliwie
[ tu tekst nieczytelny]
bo duszę się w tej klatce
bo samotna jest dusza moja aż do śmierci
bo kończy się w porę ostatni papier i już tylko krok i niech
Żyje Życie
bo stanąłem na początku, bo pociągnął mnie Ojciec i stanę na
końcu i nie skosztuję śmierci.”
*fragment „Listu do Pozostałych” Edwarda Stachury

KONIEC
Kraków 2004

*w dialogach wykorzystane fragmenty wiersza „Człowiek człowiekowi, czyli dziesięć wskazań i dziesięć przeciwwskazań dla ciebie, sierota nieboża, Zygmusiu K” Edwarda Stachury.

Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.